Zamknij

Rabunek na stacji kolejowej Pabianice. Kim byli uzbrojeni bandyci?

20:45, 04.04.2025 Aktualizacja: 20:57, 04.04.2025
Skomentuj fot. NAC, sygnatura: 1-B-127a-3 fot. NAC, sygnatura: 1-B-127a-3

 

Czterech uzbrojonych bandytów sterroryzowało kolejarzy i złupiło kasę pancerną. Wynieśli gotówkę, złoto i srebro.

Napadu dokonano przed Bożym Narodzeniem, gdy na stację kolejową w Pabianicach przyjeżdżało więcej niż zwykle wartościowych przesyłek. Były wśród nich pakunki z pieniędzmi (rublami) i biżuterią. 21 grudnia 1910 roku „Goniec Poranny” tak pisał o tym zdarzeniu: „Dziś około godzinie szóstej wieczorem dokonano zuchwałego napadu na stację towarową kolei w Pabianicach. Okoliczności napadu, jak na dzisiejsze czasy, były niezwykłe. Pasażerowie opuścili już stację, ponieważ skończyły się godziny biurowe i zamknięto wszystkie kasy. Urzędnicy byli zajęci wykańczaniem raportów dziennych i rachunków kasowych. Nagle do lokalu kasy weszło czterech ludzi uzbrojonych w brauningi i mauzery. Lufy rewolwerów i mauzerów skierowali do piersi i głów czterech znajdujących się w lokalu urzędników kolejowych. Rozpoczęła się komenda nad obezwładnionymi w ten sposób urzędnikami.

- Milczeć i nie ruszać się z miejsc! - brzmiał pierwszy rozkaz. Osłupieni urzędnicy zastosowali się do niego.

- Raport kasowy! - rozległa się komenda skierowana do kasjera.

Kasjer wstał i podał żądany papier.

Rabusie, snać dobrze zabezpieczeni,  jęli sprawdzać stan kasy. Raport dzienny kasy wykazał przeszło 7.000 rubli wpływów.

- Klucze od kasy! - rozległ się następny rozkaz.

Kasjer bez oporu spełnił i to żądanie.

- Do sąsiedniego pokoju marsz! - rozkazał herszt bandytów.

Wskazanej urzędnicy przeszli do ubikacji, gdzie pozostawiono przy nich dwóch bandytów z rewolwerami. Pozostali bandyci otworzyli kasę i zaczęli sprawdzać gotówkę. Znaleźli 6.856 rubli w banknotach, złocie i srebrze. Ale nie zauważyli zwiniętych w rulon 585 rubli.

Rzuciwszy ostatnie rozkazy urzędnikom, bandyci spakowali łupy i spokojnie opuścili dworzec kolei. Ślady wskazały, że zbiegli przez pola. Dopiero jakiś czas po wypadku wszczęto alarm”.

Zrabowane pieniądze stanowiły w owym czasie spory majątek. Za 6.850 rubli można było kupić 7 domów wraz z zabudowaniami gospodarczymi i prawie 90 morgami gruntów w Królestwie Polskim. Wynajęcie dwupokojowego mieszkania w warszawskiej kamienicy kosztowało 12 rubli miesięcznie. Za korzec (128 litrów) mąki pszennej płaciło się od 2 do 5 rubli, za korzec ziemniaków – półtora rubla, za  garniec (około 4 litry) wódki - 6 rubli. Golenie u fryzjera kosztowało 10 kopiejek.

„Łapać ich!”

Na kolej zjechały zawiadomione o rabunku władze. Zarządzono pościg” – pisał „Goniec Poranny”. „Zatrzymywano wszystkie tramwaje kursujące wzdłuż szosy pabianickiej, rewidowano pasażerów, patrole wojska i policji obstawiły drogę na przestrzeni od Pabianic aż do Łasku, rewidowano pociągi kolei, odchodzące w stronę Łodzi.

Policmajster Pabianic zarządził obławę w mieście. Aresztowano od 20 do 25 osób, które z tych czy innych względów wydały się policji podejrzanymi. Jednak wszystkie te zarządzenia nie wydały żadnych rezultatów”.

Z godziny na godzinę prasa podawała nowe szczegóły rabunku. „Kurjer Polski” pisał, że bandyci byli „przyzwoicie ubrani” i „zręcznie władali bronią”. Okazało się, że zamknęli urzędników kolejowych w bocznym pokoju. Dwóch pilnowało uwięzionych, pozostali otworzyli kasę, rabując 6.850 rubli gotówką. W pośpiechu zgubili paczkę zawierającą 585 rubli.

Śledztwo nabierało tempa. Jeszcze tego samego wieczoru na przedmieściu Łodzi policja zatrzymała 3 osoby podejrzewane o udział w napadzie na kasę towarową i rabunek kosztowności. Pod silną eskortą aresztowanych zawieziono do wydziału śledczego policji. Na tym jednak skończyły się sukcesy śledczych. Sprawcy rabunku zbiegli.

Nazajutrz rano pociągiem nadzwyczajnym Kolei Kaliskiej przyjechał do Pabianic naczelnik żandarmerii kolejowej oddziału Warszawa – Wiedeń podpułkownik Jegorow. W podróży towarzyszył mu oddział żandarmów i wojska, ulokowany w trzech wagonach. Naczelnik zapoznał się z przebiegiem śledztwa, zjadł obiad w restauracji przy ulicy Zamkowej i zbeształ śledczych. Wieczorem pociąg nadzwyczajny z Jegorowem i jego uzbrojoną obstawą powrócił do Warszawy.

Tropy wiodą do Łodzi

Dopiero szesnaście miesięcy po napadzie w Pabianicach policja wpadła na trop sprawców. Jak się okazało, byli to ci sami bandyci, którzy dokonali rabunku na stacji kolejowej Łódź-Widzew. Podczas ucieczki z Widzewa jeden z przestępców porzucił w lesie swoje ciężkie palto. Śledczy szybko ustalili, że palto pochodziło ze sklepu Szmechla i Roznera w centrum Łodzi. Sprzedawca odzieży znał klienta, który zimą kupił to palto. Klient nazywał się Słabosz.

Przez kilka dni policja obserwowała Stefana Słabosza i jego kumpli ucztujących w najlepszych restauracjach, pijących najprzedniejsze trunki. Podejrzani szastali forsą.

W kwietniu 1911 roku czterech podejrzanych osaczono w dwupiętrowym domu przy ulicy Widzewskiej w Łodzi. Bandyci mieli mnóstwo broni. Dom otoczyli policjanci i żandarmi.

„Gdy władze przyszły do przekonania, że żywcem nie uda się wziąć zabarykadowanych bandytów bez narażenia życia szeregowców policji i żandarmerii, o godzinie 7 i pół rano kazano dom z czterech rogów podpalić” - relacjonował „Kurjer Warszawski”. „Wówczas z zajętego przez bandytów domu wypadł Wacław Brzezina, właściciel obserwowanego mieszkania, niosąc czteroletnie dziecko. Oddawszy się w ręce policji, Brzezina opowiedział, że bandyci siłą wyrzucili go z mieszkania. Są to: Edward Dłużniewski, Julian Jeske, Stefan Słabosz i Edward Jach. Brzezinę aresztowano pod zarzutem udzielenia schronienia bandytom.

Rozprawa z bandytami

Gdy pożar ogarnął już niemal cały dom, z okna pierwszego piętra wyskoczył Stefan Słabosz, próbując ucieczki przez ogród. Jednak po kilku krokach dosięgły go kule z mauzerów żandarmów. Choć był ciężko ranny, Słabosz nie wypuścił z rak zamkniętej kasetki z pieniędzmi. Aresztowany i przewieziony do szpitala, przed śmiercią przyznał, że on i jego trzej towarzysze z płonącego domu napadali na pociągi kolei wiedeńskiej i rabowali pieniądze z kas kolejowych. Zamkniętą kasetkę przekazano prokuratorowi, który wraz z sędzią śledczym przyjechał z Piotrkowa.

Dłużniewski, Jaske i Siwek chcieli uciec po dachach sąsiednich domów, ale widząc, że wszystkie dachy są obsadzone wojskiem i policją, cofnęli się na zadymioną klatkę schodową. Edward Dłużniewski wiedział, że to koniec. Wetkną w usta lufę rewolweru i wystrzelił. Kompani oblali jego zwłoki spirytusem i podpalili, by samobójcy nie można było rozpoznać. „Następnie sami dali do siebie strzały, raniąc się jednak tylko” – pisała prasa. „Ich śmierć, jak następnie stwierdziła obdukcja lekarska, nastąpiła skutkiem uduszenia dymem”. Po ugaszeniu pożaru w mieszkaniu znaleziono kilka rewolwerów i mnóstwo amunicji.

Kim byli złoczyńcy

W śledztwie ustalono, że zanim bandyci ograbili dworcową kasę w Pabianicach, przez kilka dni obserwowali stację. Do napadu przygotowali się bardzo starannie, tworzyli zgraną bandę. Hersztem był 26-letni Edward Dłużniewski, robotnik fabryczny. „Względnie inteligentny, pomysłowy, odważny, bezwzględny” – zanotowano w policyjnej kartotece. „W epoce rewolucyjnej 1905 Dłużniewski roku był członkiem partii socjalistycznej. Po krwawych zajściach łódzkich, w których wielokrotnie uczestniczył, przerzucił się na bandytyzm, formując własną karną i doskonale zorganizowaną szajkę” – ustalił „Kurjer Warszawski”. „Jego bezczelna odwaga, połączona z wielkim sprytem i przytomnością umysłu, pozwoliły mu przez lat kilka zabijać i bezkarnie rabować w Łodzi i okolicy, których był postrachem”. Edward Dłużniewski znakomicie władał bronią palną, strzelał z prawej i lewej ręki. W 1910 roku za pomoc w jego ujęciu policja wyznaczyła dość wysoką nagrodę (600 rubli).

Oprócz wielu napadów Dłużniewski, Słabosz, Jaske i Siwek mieli też na sumieniach zamordowanie kilku policjantów. Ratując się ucieczką z obrabowanej w kwietniu stacji Łódź-Widzew, Dłużniewski wpadł w „kocioł” uzbrojonych strażników. Nie poddał się. Pod nogi strażników rzucił dwie bomby własnej roboty, zabijając kilku mundurowych i przypadkowych podróżnych.

W mieszkaniu Stefana Słabosza policja zrobiła rewizję. Znalazła 340 rubli z napadu na stację kolejową w Pabianicach. Aresztowała dwóch braci bandyty: Jana i Antoniego.

„Nocy wczorajszej na granicy powiatów łódzkiego i brzezińskiego ujęto i uwięziono piątego bandytę z szajki Dłużniewskiego. Jest to Jan Świątek, jeden z najniebezpieczniejszych jej uczestników” – nazajutrz poinformowała prasa.

(Roman Kubiak)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarz(0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

0%