(O losach pabianiczanina Walentego Zory, komendanta Armii Krajowej w Pabianicach, opowiada jego córka, która do dziś mieszka przy ul. Kazimierza).
Pochodził z Rypułtowic. 14 lutego 1901 roku, gdy na świat przyszedł Walenty Zora, Rypułtowice były wioską przy granicy Pabianic. Walentemu w metryce zapisali: syn Józefa i Jadwigi z domu Kania. Przyszły komendant Armii Krajowej mieszkał później w kamienicy przy ul. Kazimierza 7.
- Tylko z mamą, bo ojciec zginął podczas wojny japońskiej, za cara - wspomina Wiesława Grochowalska, córka Walentego.
Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, 16-letni Walenty na ochotnika zgłosił się formowanego w Pabianicach oddziału Wojska Polskiego. Oddział ten włączono do 28. Pułku Piechoty w Łodzi. Walenty walczył z bolszewikami nad Styrem i na Wileńszczyźnie. W sierpniu 1920 r. bił najeźdźców w bitwie warszawskiej, pod Zamościem i na Wołyniu.
W wojsku został jako żołnierz zawodowy. Skończył szkołę podoficerską i kurs w Centralnej Szkole Strzelniczej w Toruniu. W 1924 r. rozpoczął służbę w Korpusie Ochrony Pogranicza.
Na dziesięć lat przed kolejną wojną światową Walenty Zora ożenił się.
- Rodzice znali się od dziecka – mówi córka późniejszego komendanta Armii Krajowej. – Mama, Cecylia Karczewska, była od taty starsza o rok.
Niedługo później dowództwo przeniosło Walentego na Ukrainę.
- Ojciec był przerzucany z miejsca na miejsce. Mieszkał z mamą w kilku służbowych domach – wspomina pani Wiesława. – Ostatni ich dom stał w ukraińskiej miejscowości Żabki.
W 1932 r. na świat przyszła pierworodna Zorów – Jadwiga. Dwa lata później urodziła się Wiesława, a w 1936 r. – Jerzy.
Rodzina Walentego mieszkała na Ukrainie do wybuchu wojny. W 1939 r. żołnierz Walenty bił się w kampanii wrześniowej. 18 września sowieci wzięli go do niewoli. Siedział w obozie jenieckim w Ostaszkowie. W grudniu Rosjanie uznali go za Niemca, bo miał nazwisko, które brzmiało im jak germańskie. A ponieważ Stalin bratał się z Hitlerem, żołnierzy niemieckiego pochodzenia zwolniono z obozu. To uchroniło Walentego od losu tysięcy polskich jeńców pomordowanych przez NKWD w 1940 r.
Później działał w konspiracyjnym Związku Walki Zbrojnej. Był komendantem rejonu Związku Walki Zbrojnej/AK Dłutów w obwodzie ZWZ/AK Pabianice. A co w tym czasie działo się z jego rodziną?
- O północy w kwietniu 1940 roku przyszli Ruskie, wsadzili nas na wozy i wywieźli – wspomina córka Zory. – Zabrali wszystkie rodziny wojskowych. Miałam wtedy pięć lat i do końca życia tego nie zapomnę.
To była koszmarna noc.
- Zabili psa jednego z żołnierzy, bo zwierzę broniło swego pana – opowiada pani Wiesława. – Tego żołnierza też zastrzelili, krzycząc: „leż tak, jak sabaka!”.
Rodzinie małej Wiesi pomogli Ukraińcy. Podali jej mamie trzy walizki dobytku Zorów.
- Gdyby nie oni, Ruskie wsadziliby nas na wozy bez ubrań, bez jedzenia – wspomina.
Jechali w bydlęcych wagonach: tabuny matek z dziećmi i starców. W podłodze wagonu była dziura. Stamtąd dochodziło powietrze. Gdy pociąg zatrzymywał się na stacjach, podbiegali do niego Ukraińcy z kipiatokiem (wrzątkiem) dla zesłańców.
- Jechaliśmy aż miesiąc. Dowieźli nas do Uralu – mówi pani Wiesława.
Dalej jechali saniami - do rzeki Irtysz. Tam rodziny wojskowych wsadzili na statek. Dzieci masowo chorowały na tyfus. I umierały.
- Płynęliśmy dwa tygodnie do osady Mościków w dzisiejszym Kazachstanie – mówi córki żołnierza. - Step tam był, a dalej tajga.
Więźniów upchnięto w ziemiankach - po dwie rodziny.
- Jak przyszła zima, po zaśnieżonych dachach ziemianek biegały wilki – wspomina.
Polacy spali na glinianych piecach. W ziemiankach były jeszcze tylko ławy. I nic więcej.
- Całe szczęście, że Ukraińcy dali wcześniej mamie trochę pościeli i garnków – dodaje pabianiczanka.
W Mościkach Zorowie mieszkali dwa lata. Dzieci pasły bydło, pracowały przy spławie drzew, czyściły złowione ryby, zbierały proso i… krowie odchody. Tymi ostatnimi palili w piecach.
- Mama pracowała przy wyrębie drzew, przy budowie kolei transsyberyjskiej – opowiada córka. - Ta kolej była układana rękoma dzieci i kobiet.
Zesłańcy jedli niewiele: trochę ryb, arbuzy, słoneczniki. Kobiety na kamieniu tarły proso. Robiły z tego placki. Głodowali i marzli. Zimą mrozy dochodziły do minus 40 stopni, a latem byłoy czterdziestostopniowe upały.
Mama Wiesławy chorowała z wycieńczenia. Ponieważ dobrze gotowała, wzięli ją do kołchozu. Tam miała lżejszą pracę.
- Później weszła ustawa, że zesłańcy muszą podpisywać rosyjską listę obywatelską. Mama powiedziała, że nie podpisze. Wyrzucili ją z kołchozu. Już nie pracowała. Zmarła przed Bożym Narodzeniem – opowiada pabianiczanka. - Widziałam jak konała, bo spaliśmy w czwórkę na czterech zbitych deskach.
Cecylię pochowali Kozacy. Miała 43 lata.
- Krótko przed śmiercią mama powiedziała nam: ”dzieci, pamiętajcie, że jesteście Polakami. Jak skończy się wojna, wróćcie do ojczyzny” – dodaje córka.
Małych Zorów zabrano do rosyjskiego domu dziecka pod Pawładarem. Tam było im lepiej - mieli co zjeść i w co się ubrać. Pomagał im też Polski Czerwony Krzyż, który na Syberii odnajdywał polskie rodziny. I przysyłał rodakom jedzenie.
- Dopiero wtedy poznałam co to chleb, cukierki… - wspomina pabianiczanka.
W domu dziecka Zorowie byli do 1946 r.
Co tydzień w papierowym wydaniu Życia Pabianic znajdziecie całą stronę poświęconą historii naszego miasta. Dotychczas ukazały się drukiem publikacje między innymi o tym, jak wyglądała nauka w szkołach, z kim handlowaliśmy i kto nami rządził w XVII i XVIII wieku. Ukazały się też artykuły okolicznościowe, np. o Bożym Narodzeniu w latach 1959, 1982 i 1989 czy teksty o wybitnych, ale też nie wszystkim znanych pabianiczanach.
0 0
eh.. nasi "przyjaciele" rosjanie...
0 0
a co tu rosjanie winni, tak samo cierpieli, to stalinizm i jego zwyrodniała ideologia